Wiele się zdarzyło... Dwa miesiące temu zostałam porwana. Niestety, nie przez UFO, które ostatnio wirowało nad mglistym polem, obok mojego domu. Nie było romantycznie. Było straszliwie. Ktoś chciał moje dzikie serce mieć dla siebie. Ale to niemożliwe. Dbano o mnie, a jakże. Dawano smakołyki, gaskano, mówiono czule, choć w zupełnie obcym języku. Moja dusza krzyczała. Dlugie, mroczne godziny rozpaczliwych myśli - jak się wydostać z tej matni.
Bezsenne noce i bezsenne dni. Wolności skrzydeł - blaganie w przestrzeń. Aż przyszedł dzień piąty i noc piąta.
I pofrunęłam...
Krzyk radości w krzyk radości. Łzy wzruszenia we łzach wzruszenia.
Mocno przytuleni, leżeliśmy na podłodze, wyczerpani, ale szczęśliwi.
Dni ukojenia i odsypianie tamtego koszmaru.
W ramionach zamyśleń tonę, w jesiennym odurzeniu.
W domu, naprzeciw, na balkonie -znów młody, jasnowłosy mój fan...
Ja też go bardzo lubię, ale sza! Przecież kobieta jest pełna dumy i tajemnicy...

